„Dziś jest piątek. W poniedziałek macie mieć cel w życiu”

Jest środek zimy, czyli na wstępie dość paskudnie. Pracujesz w miejscowym supermarkecie tak, że słońce wschodzi i zachodzi w czasie twojej zmiany, a jedynym źródłem światła w ciągu dnia są jarzeniowe żarówy na hali. Wszystko co robisz jest bezkreśnie jałowe i pozbawione sensu – zmieniasz ceny parówkom z promocyjnych na zwykłe, herbaty układasz raz według nazwy, raz według kolorów  i przenosisz chipsy koperkowe z jednej półki na drugą – według zarządzeń najnowszej pani dyrektor od fju-bździu-marketingu, która skończyła Wyższą Szkołę Hotelarską w Międzyrzeczu, wygląda profesjonalnie układając usta w dzióbek na długopisie z logo jakiegoś leku i dlatego wie jak rozlokować produkty tak, by utrudnić klientowi życie, a tym samym upchnąć mu więcej towaru. I tak dzień w dzień, rok w rok, oddajesz swój żywot za wpół-darmo, sprzedajesz swój czas jak te koperkowe chipsy i parówki po przecenie, godzina za godziną. Wracasz do domu, gdzie Twój kot – alkoholik rozdrapał Ci mieszkanie na strzępy żeby zetrzeć pazurki, a Ty dramatycznie pytasz w duchu: „Czyż nie dobija się koni?

Koniec dnia przynosi jednak nagrodę tak wielką, że cały trud zdaje się opłacać, a Syzyf ma powód by jutro turlać kamień od nowa. Jest w końcu jedna rzecz która dostrzec pomaga światełko w najciemniejszym tunelu, jest przecież piórko które unieść potrafi największy ciężar. Nie o nadziei na lepsze jutro piszę, to nie Walt Disney. Tą jedną rzeczą, która pomaga Ci przetrwać ten codzienny kołhoz jest stare dobre schadenfreude – świadomość że inny ma jeszcze gorzej. Siadasz więc co wieczór przed telewizorem i oglądasz „Najnieszczęśliwszego człowieka miesiąca” – teleturniej w którym ludzie rywalizują na to komu gorzej w życiu, gdzie kwaśnota i zgorzknienie w takiej intensywności biją z ekranu, że efektem kontrastu całkiem Ci słodko na duszy.

I choć unikasz ludzi w formie nie-spikselizowanej, to oni i tak się przyssą jak te pijawki, wsadzą Ci kijek w życie i będą majtać. Pewnego dnia szef wzywa do gabinetu Ciebie i jakiegoś chłopaka z wyglądu podobnego zupełnie do każdego. Oświadcza, że jesteście najgorszymi pracownikami marketu i to musi ulec zmianie. „Dziś jest piątek – mówi – W poniedziałek macie mieć cel w życiu.”

Opowieści z chłodni” – film Grzegorza Jaroszczuka to taka tragikomiczna hybryda, co w humor obraca cierpienie po to by pustką zapytać o treść, wyostrzając bezsens – wskazać na cel, choćby i rozmyty. Nie o hipermarket tu ostatecznie chodzi, a o tę marność nad marnościami i nihil novi sub jarzeniowa żarówa na hali.

A jak powiadał Kohelet – wszystko ma swój czas. Jest czas bezsensu – kiedy poddajesz się inercji i patrzysz gdzie wiatr Cię rozwieje, i jest czas wszechsensu – kiedy to atomy świata mienią się i migoczą i krystalizują nam przed oczami cel ostry jak brzeg diamentu.

Bohaterowie filmu są bezimienni i rozmyci, tak by każdy zmieścić się mógł w ich kontury. Bo każdy ma czasem refleksje, że wiedzie żywot bez sensu, że brak drogowskazów i mapy, o Panie, a zamiast samorozwoju – samorozwianie. Poczucie bezsensu, jałowości i braku celu w życiu jest jednak punktem wyjścia koniecznym, by ten cel znaleźć. Nie jest to wypadkowa sytuacji, a wynik świadomości.

Jednocześnie jednak ta świadomość krzątania się przez życie gdzie popadnie, szwendania się bez algorytmu, porządku czy komendy jest pewnym ciężarem. Wszyscy naokoło, zdaje się, już obrali kierunek – łapią byka za rogi, przełamują fale, a Ty wciąż żyjesz w stanie bezwładności, wciąż dryfujesz z prądem, w zawieszeniu, jak ten plankton. Życzliwi Cię ponaglają, że czas leci w jedną stronę, że młodsza nie będziesz, że jak to tak wciąż bez kierunku, jak to tak wciąż w rozproszeniu. A Tobie czas się rozlewa jak na obrazach Dalego, cieknie po stole, kapie na podłogę i całe dnie się stapiają w tej bezkształtnej kałuży, cała młodość tonie w szaro-burej brei.

Cóż jednak złego w zagubieniu? Trzeba się zgubić, by się móc odnaleźć. Bez tego stanu zawieszenia można odhaczyć na liście wszystkie sukcesy i osiągnięcia, po to tylko by pod koniec życia zdać sobie sprawę, że to cudza lista. Niech więc ciekną zegary, niech topnieje czas. Lepiej stopić go świadomie teraz na próbach i poszukiwaniach, niż później żałować, że nim się obejrzeliśmy wszystek godzin nam przeciekł przez palce.

„Ach, gdyby tak od razu, każdy zrozumieć mógł, że lepsza droga bez drogowskazów, niż drogowskazy bez dróg.”

-Stanisław Jerzy Lec

Kiedy tuż przed śmiercią całe życie, jak film, wyświetli Ci się przed oczami będziesz jedyną osobą na widowni. Nie ma więc co słuchać krytyków, których nikt nie zaprosił na seans. Większość z nich i tak przetopi swoje życie na odhaczaniu z listy cudzych celów i spełnianiu cudzych norm i oczekiwań. Nie wszystkich taka perspektywa musi uwierać – mnie jednak uwiera niezmiernie. Na tyle, że wolę się cała stopić w tym stanie zagubienia, wolę się rozbić o własne marzenia, niż iść tym szlakiem wydeptanym, według scenariusza, lecz bez happy endu.

Przeczywistość

KRZYKNIJ:Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+Share on RedditEmail to someoneshare on Tumblr