Hiena

„Dobry masz nick lala :)) Przeczywistość 🙂 pasuje jak ulał  do sytuacji. A teraz kurwiszonie za to że mącisz suko zamiast pomóc w poważnej sprawie – wypierdalaj !!!”

To treść jednego z wielu komentarzy wypisywanych pod moim adresem od czterech dni. Hasałam sobie wesoło po słonecznej polance internetu gdzie „Wieczny życia krąg prowadzi nas„, aż nagle, bezwiednie trafiłam na cmentarzysko słoni pełne hien, które chcą mnie rozszarpać i zjeść żywcem. A jak wiadomo z klasyka – hieny „dyndają na końcu łańcucha pokarmowego” – dlatego już łaszą się na nowy kąsek, już mają powód by szczekać, już im ślinka cieknie z tych przebrzydłych pysków…

…Niedoczekanie. Ale zacznijmy od początku.

Pod koniec listopada na stronie miziaforum.wordpress.com bez mojej zgody opublikowano tekst mojego autorstwa „Adopcje zagraniczne – przemilczany skandal” – tekst został w całości zerżnięty z mojej strony, bez podania autora, za to z dopiskiem:

„Witam ten materiał ukradłem dla was bo był tak zbunkrowany w necie ze tylko czytelnik bloga p.KRAB go mogła go wykopać …… WIELKIE DZIĘKI KRABIE !! a ja go podp…….. i wkleiłem tu ……… DLA WAS linkujcie ten materiał ..”

Właściciel tej podrzędnej stronki nie tylko więc ukradł mój tekst i opublikował u siebie, ale jeszcze się tym bezczelnie przechwalał, jakby było czym – na cmentarzysku słoni jak widać złodziejstwo jest cnotą. Na szczęście jednak, nie wszędzie hieny dyktują zasady i polskie prawo przyznaje twórcom ochronę ich praw autorskich:

Kiedy więc zauważyłam, że mój tekst bezprawnie został powielony, zgodnie z przysługującymi mi prawami wynikającymi z treści ustawy, zażądałam od hieny usunięcia skradzionego tekstu ze strony:

Ale czas mijał, a ja nie doczekałam się żadnej reakcji. Strona była aktywna, właściciel publikował i pisał komentarze, na moje wezwanie zaprzestania naruszania moich praw autorskich jednak nie raczył zareagować.  Właściciel strony nie odpisał nawet na mój komentarz, nie usunął tekstu, nie skontaktował się ze mną przez adres e-mail który podałam w formularzu komentując. Taka jest logika hieny – kradnie, a jak masz coś przeciwko, to sam sobie radź.

Skoro więc moje zasadne żądania nie zostały spełnione, dwa dni później [9 grudnia] postanowiłam skorzystać i z innych przysługujących mi praw, informując hienę o odpowiedzialności karnej i cywilnej, jaka mu grozi:

I patrzcie tylko – kiedy grzecznie żądałam respektowania moich praw wielki hrabia nie raczył mi odpisać przez 2 dni. Wystarczyło jednak że zażądałam zgodnie z przepisami ustawy wynagrodzenia pieniężnego a odpisał mi od razu:

Hiena więc ukradła mój tekst, chwaląc się tym, że ukradła, na żądania usunięcia tekstu ze strony była głucha, kiedy zaś zażądałam wynagrodzenia pieniężnego i zagroziłam odpowiedzialnością karną zwyzywała mnie od kutasów. Ale i to nie wszystko. Chwilę potem na stronie hiena podszywając się pode mnie opublikowała następujący komentarz:

Wykorzystując dane, które podałam w formularzu komentując na stronie, hiena postanowiła zdyskredytować moją osobę podszywając się pode mnie i pisząc, że jestem „oszustem i naciągaczem” – upubliczniając przy tym mój adres e-mail i numer IP. To co zrobiła hiena jest przestępstwem według art 190a §2 Kodeksu Karnego:

W tym momencie postanowiłam sprawdzić kim jest troglodyta, z którym mam do czynienia. Z treści zamieszczonych na stronie wynikało jasno, że jest to strona jakiegoś youtubera, który posługuje się pseudonimem Jack Caleib. Z jego filmików zaś wynikało, że rzekomo współpracuje on z Pawłem Bednarzem z Fundacji im. Dobrego Pasterza, którego poznałam przy okazji zajmowania się sprawą adopcji zagranicznych. Zwróciłam się więc do niego o interwencję, przedstawiając pokrótce całą sytuację. Paweł Bednarz opublikował nagranie na ten temat, jednak sprawa zamiast się na tym skończyć, przybrała jeszcze większych rozmiarów. Jack Caleib bowiem nagrał filmiki na ten temat, w których nie raczył wspomnieć o tym co na prawdę się stało, a zamiast tego ulepił sobie teorię spiskową bez poparcia w faktach, w których to on, bohater wielki, jest ofiarą szantażu, co cierpi za mi-li-jony:

Hiena nigdy nie przyzna się, że jest hieną, zamiast tego będzie brnąć dalej w swe kłamstwa i pozować na walecznego lwa i obrońcę uciśnionych. Oskarżeniom jakie wysuwa pod moim i pana Pawła Bednarza adresem Jack Caleib nie tylko przeczą przedstawione w tym wpisie fakty, ale i jego twierdzenia wzajemnie się wykluczają – hieny mają małe móżdżki i nawet w kłamaniu brak im biegłości. Według oskarżeń Jacka Caleiba ja i pan Bednarz mamy jakiś tajny układ, który jest naszym ukrytym sposobem zarabiania na sprawie adopcji zagranicznych poprzez szantaż. W związku z tym mieliśmy podesłać mu artykuł do publikacji, a następnie, kiedy ten „w dobrej wierze” opublikował go by pomóc sprawie, my mieliśmy zażądać od niego znienacka 3000 zł grożąc przy tym, że w przeciwnym razie pan Paweł Bednarz zgłosi filmiki, które na swoim kanale opublikował Jack Caleib jako naruszające jego prawa autorskie.

„Widzieliście sytuację, gdzie z panem Bednarzem można powiedzieć, porównać to tak: chciałem mu jedną ręką… wręczyłem mu 100 zł na przykład wsparcia, prawda, i przyłapałem, przyłapałem ekipę pana Bednarza, że w tym momencie gdy oni już trzymają te 100 zł paluszkami dwoma, to drugą rękę ekipa pana Bednarza trzymała już w mojej kieszeni na całej sakiewce. Mieliście prosty przykład jak zostało to zorganizowane. Czyli został podrzucony tekst, który opublikowałem w dobrej wierze po to, żeby im pomóc. Oni sami mieli ten tekst, ten tekst był tak zrobiony, po prostu on im pasował, tak? I w momencie gdy ten tekst się pojawił, osoby tam w tej orbicie pana Bednarza zadziałały w taki sposób, że zażądały szantażem 3000 zł” [drugi filmik od 15 minuty]

Zacznijmy więc od tego czego Jack Caleib nie mówi. Z jakiegoś powodu nie wspomniał swoim widzom, w żadnym z materiałów, że zanim zażądałam wynagrodzenia pieniężnego, przez dwa dni próbowałam się doprosić o zdjęcie mojego tekstu ze strony nie wysuwając przy tym żadnych żądań pieniężnych, a jaśnie pan hiena mnie zlewał. Nie wspomniał też o tym, że próbując mnie zdyskredytować podszywał się pode mnie i upublicznił moje dane. Nie przedstawił żadnych dowodów, na swoje wydumane teorie o szantażu – a są to oskarżenia dużego kalibru, które domagają się jakiegokolwiek poparcia w faktach.

Dalej przejdźmy po kolei, do tego wszystkiego co pan Jack Caleib twierdzi. W oskarżeniach wysuwanych w nagraniu, mówi, że to my podstępem podesłaliśmy mu tekst do publikacji – który miał potem stać się podstawą szantażu. Takie samo twierdzenie umieścił też w komentarzu pod skradzionym mi artykułem:

Oczywiście na to twierdzenie, że to my podesłaliśmy mu artykuł nie przedstawia żadnych dowodów. Ale i to nie wszystko – we wstępie przecież została podana informacja o tym, kto hienie podesłał artykuł, że zrobiła to czytelniczka bloga, niejaka KRAB:

„Witam ten materiał ukradłem dla was bo był tak zbunkrowany w necie ze tylko czytelnik bloga p.KRAB go mogła go wykopać …… WIELKIE DZIĘKI KRABIE !! a ja go podp…….. i wkleiłem tu ……… DLA WAS linkujcie ten materiał ..”

To jak to w końcu jest? Jeśli to KRAB wygrzebała artykuł i podesłała Jackowi Caleibowi, to w jaki sposób niby miał być to nasz spisek uknuty celem szantażu? Co więcej, pod kolejnym postem ta sama KRAB komentuje:

To która wersja jest prawdziwa, Jack Caleib? W którym miejscu kłamiesz? Artykuł podesłała ci Twoja czytelniczka, po tym jak sama znalazła go w internecie – jak śmiesz więc oskarżać nas o szantaż i o to, że to my artykuł ci podesłaliśmy, gnido?

Artykuł został opublikowany na Twojej podrzędnej stronce 27 listopada i już wtedy miałam prawo żądać od Ciebie rekompensaty pieniężnej – skoro o wszystkim wiedziałam od początku, a moim celem był szantaż, to czemu tego nie uczyniłam od razu? Czemu początkowo (i to dopiero 7 grudnia) domagałam się jedynie usunięcia tekstu ze strony, a dopiero w braku Twojej reakcji, dwa dni później, zdecydowałam się zażądać też zadośćuczynienia? Nikt ci nie kazał kraść mojego artykułu i tylko Ty sam odpowiadasz za to, że postanowiłeś dalej w to brnąć łamiąc prawo i nie usunąłeś mojego tekstu kiedy o to prosiłam. Wszystko rozbija się więc o to, że Ty jesteś bezczelnym złodziejem i kłamcą, co struga bohatera. Ale dowody w tej sprawie nie pozostawiają wątpliwości.

Na tym oczywiście nie kończą się matactwa Jacka Caleiba. W pierwszym filmiku (6:03) twierdzi on, że opublikował tylko fragment mojego artykułu, nie całość – podczas gdy skopiował wszystko, od początku do końca, jak leci. Próbuje się też zabezpieczać twierdząc raz, że to nie jego strona, że on tam tylko komentuje – jednocześnie na wstępie wita wszystkich czytelników SWOJEJ strony. W drugim filmiku mówi, że to on opublikował mój artykuł w dobrej wierze (od 15 minuty), w pierwszym twierdzi, że zrobił to jakiś moderator ze Stanów Zjednoczonych (15:10), a potem że jednak ktoś z Australii (19:46). Ten człowiek kiedy mówi, to kłamie i myśli że mu wszyscy wierzą, że ta jego gówno-stronka złożonością struktury organizacyjnej może zawstydzić cały ONZ.

Mogłabym dalej punktować jego kłamstwa, jak to, że twierdzi, że amerykańskie prawo pozwala mu kraść teksty pod warunkiem, że zamieści linka (a walcząc z nim na gruncie prawa amerykańskiego w tej sprawie mogłabym go puścić z torbami), czy kiedy zarzuca mi, że ja też naruszyłam czyjeś prawa autorskie (a sam powołuje się na prawo cytatu, czyli jednak wie co to jest, tylko stosuje wybiórczo, jak to hiena). Nie ma jednak co bawić się w szczegóły, kiedy ktoś fałszywie oskarża cię o popełnienie przestępstwa – na szczęście i na to w naszym prawie jest paragraf:

Może więc podsumujmy co się stało: Jack Caleib ukradł mój tekst, przez dwa dni nie reagował gdy zażądałam jego usunięcia, zwyzywał mnie od kutasów, gdy poinformowałam go o odpowiedzialności karnej i cywilnej za naruszanie moich praw autorskich, następnie podszywał się pode mnie pisząc, że jestem „oszustem i naciągaczem” upubliczniając przy tym moje dane, po czym fałszywie oskarżył mnie i pana Pawła Bednarza o spisek wykorzystujący sprawę adopcji zagranicznych do ściągania jakiegoś haraczu i szantażu. Za to, że bronię się przed tym krętaczem i złodziejem od czterech dni jestem nagminnie atakowana, szykanowana i obrażana w internecie, bo ludzie, którzy go słuchają nie mają na tyle rozumu, by samodzielnie zweryfikować wysuwane oskarżenia i jak te głupie hieny, skaczą jak im Jack Caleib każe:

The Lion King Laughing GIF - Find & Share on GIPHY

Dlaczego bronię się przed naruszaniem moich praw autorskich?

Największym zarzutem jaki kierują pod moim adresem te hieny jest to, że skoro bronię swoich praw autorskich, to znaczy, że wszystko to robię dla kasy, że sobie uczyniłam z tematu łatwy sposób na biznes. Może więc przypomnę – wszystkie moje teksty dostępne są za darmo na mojej stronie internetowej. Każdy może tekst przeczytać, udostępnić przez media społecznościowe, czy podać linka – nie musi kopiować całej treści i publikować na swojej stronie internetowej, bezczelnie jeszcze napominając innych by to do niego linkować. To, że zajmuję się takim tematem, nie oznacza, że nie jest to praca, czy że nie wymaga ona wysiłku – i jako taka zasługuje ona na ochronę. Nie życzę sobie by owoc mojej pracy znajdował się na jakiejś podrzędnej stronce internetowego ryczymordy Jacka Caleiba, który jedyne co robi to obraża wszystkich wokół, kłamie, pomawia o przestępstwa i próbuje zrobić wokół siebie hałas szkodząc sprawie i nam – którzy może i ciszej i bez rozgłosu, ale robimy swoje. Kopiowanie tekstów w internecie ma swoją cenę, którą ponosi niestety twórca – wyszukiwarki internetowe powielone treści traktują jako spam i pomijają je w swoich wynikach. A to oznacza, że taka hiena nawet jak mówi, że „robi to w dobrej wierze” ,”by nagłośnić sprawę” w rzeczywistości tylko i wyłącznie szkodzi i zakopuje ten temat pod dywan – skutek jest taki sam jak cenzura – artykuł trafi do mniejszej liczby osób, w związku z czym będzie mieć on mniejszy oddźwięk – cały mój wysiłek pójdzie na marne. Jeśli chcecie działać inaczej, to droga wolna – powielajcie własną twórczość jak Chińczycy torebeczki Gucci, zobaczymy ile w sten sposób zdziałacie. Ale czy Wy sami cokolwiek zrobiliście w tej sprawie? Czy tylko pluć potraficie jadem, na tych co coś robią?

„Po owocach ich poznacie”

Ostatnią rzeczą, jaką zarzucają mi hieny, do której chcę się odnieść jest to, że jak mówią, o mojej stronie „nikt nie słyszał„, w związku z czym nie ma znaczenia, co robię. Może więc wytłumaczę Wam drogie hieny, że miarą prawdziwego wpływu nie jest to, jaki ktoś robi hałas wokół siebie, a to ile zdziałał w danej sprawie. Jak się bowiem okazuje jest wiele krzykaczy, którzy próbują wylansować się na tym temacie i nic z tego nie wynika – tymczasem wiele osób, które na prawdę coś robi, nie szuka rozgłosu – działają po cichu, ziarnko do ziarnka, poświęcają swój czas, wysiłek i pracę, a nie tylko rzucają puste hasła. Jest pani Monika Rozpędek z portalu Wirtualna Polska, która zainteresowała się tematem dzieci w domach dziecka zanim ktokolwiek nagłośnił wątpliwości związane z adopcjami zagranicznymi. Jest pan Roman Poturalski ze Stowarzyszenia Wolne Społeczeństwo, który zajmuje się dziećmi odebranymi polskim rodzicom za granicą, jeździ na rozprawy, ślęczy zgłębiając przepisy, śle pisma i spotyka się z każdym, kto może jakoś pomóc wprowadzić zmiany. Jest pan Janusz Wojciechowski, który już wielokrotnie stanął w obronie polskich dzieci wydawanych drogą adopcji za granicę. Jest pani Magdalena Derucka, która samodzielnie stawia się za matkami, którym sądy bezpodstawnie odbierają dzieci. Jest pani Elżbieta Jaworowicz, która jako jedyna osoba w mediach głównego nurtu miała odwagę poruszyć ten temat. Jest pan poseł Piotr Liroy Marzec, który wystosował interpelację, dzięki której adopcje zagraniczne zostały wstrzymane. Wreszcie jest pan Paweł Bednarz – którego wyzywają od wariatów, bo nie ma obaw wystawiać się na atak i kpiny w obronie dzieci. Ci ludzie walczą jak lwy i swoim działaniem realnie popchnęli sprawę do przodu. Wy natomiast w tym czasie nie zrobiliście nic, poza krzykiem. Zamiast więc odstawiać jakąś dziecinadę i robić gówno-burzę, zamiast szkalować wszystkich wokół i atakować tych, którzy działają po swojemu, może sami zróbcie coś w tej sprawie. Naśladujcie lwy, a nie hieny.


Przeczywistość


UWAGA – od dwóch miesięcy mam zablokowane konto na portalu Facebook, w związku z czym nie mam możliwości odczytać wiadomości, które od Was dostaję. Piszcie na a.nota@przeczywistosc.pl