My, dziewczyny

Córeczko, wolałabym żebyś była chłopcem”- śpiewała przed laty Kayah. Gdy jako mała dziewczynka pierwszy raz usłyszałam tę piosenkę byłam oburzona: w moim rozumieniu Kayah śpiewała o tym, że chłopcy są lepsi niż dziewczyny, sama przecież będąc kobietą. Babcia wytłumaczyła mi, że nie o to chodzi w piosence. Że Kayah wolałaby by jej córeczka była chłopcem, bo im jest w życiu łatwiej. Bo my, dziewczyny mamy pod górkę.

Kiedyś oczywiście „górka” była pionową skałą, ścianą nie do przebicia. Przez całe wieki kobiety żyły spełniając role, do jakich przyszło im się urodzić: wychowując dzieci, zajmując się domem, nadzorując gospodarstwa. Rola kobiety w społeczeństwie całkowicie uzależniona była od jej relacji z mężczyzną: od tego czyją była córką, a następnie żoną. Nielicznym udawało się przebić z marginesów na główne stronice historii, były to jednak wyjątki, których sukcesy nie pociągały za sobą zmiany sytuacji prawnej i społecznej pozostałych przedstawicielek tej samej płci. Zmiany nie przyszły nagle, nikt nie wysadził skały w powietrze. Lecz „kropla drąży skałę nie siłą, a częstym spadaniem”.

my, dziewczyny

Liczne ruchy pro – kobiece, kropla po kropli spadając na skostniały patriarchat wywalczyły dla nas równe mężczyznom prawa do edukacji, podejmowania pracy, prawa głosu i pełnienia funkcji publicznych, prawa decydowania o własnym ciele, stanie cywilnym, prawo rozporządzania własną seksualnością. Współczesny ruch feministyczny drugiej fali kontynuuje działania poprzedniczek pod hasłem „feminizm to równość”- co w zależności od kontekstu oznaczać może postulat wprowadzenia parytetów, urlopów ojcowskich czy zrównania płac, ale też walkę o uwolnienie kobiecego sutka na Instagramie czy bunt przeciw męskiej opresji przez niegolenie pach. Dla jednych postulat równouprawnienia oznacza dążenie do równości szans, dla innych – równości wyników. Dla jednych celem jest równość w różnorodności, dla drugich – równość przez ujednolicenie. Współczesny feminizm nie ma więc sztywnych ram i dla każdego oznacza trochę co innego, a postulaty wysuwane pod jego szyldem często wręcz wzajemnie się wykluczają. Z tych powodów ruch budzi silne emocje, kontrowersje, a często i drwiny – przeciwnicy, jak to przy konfliktach bywa, nie przepuszczą okazji by uczepić się tego, co najgorsze i sprowadzić wszystko do absurdu.

Mimo że w wielu aspektach moje poglądy i obserwacje zbieżne są z głosem feministek, to w jednej kwestii, zdawać by się fundamentalnej, się rozjeżdżamy, a że rozjazd następuje na samym początku intelektualnej drogi, to potem nawet jeśli widzimy to samo, to z innej perspektywy.

Otóż uważam, że w feminizmie nigdy nie chodziło o równość, nie ona była celem. Więcej – równość sama w sobie nie przedstawia wartości, o ile wartości nie ma to, do czego się równa. Sufrażystki walczyły o konkretne wartości: o wolność, godność, sprawiedliwość, o prawa które już wcześniej były sformułowane i nadane, lecz jedynie mężczyznom. Żądając równouprawnienia żądały więc konkretnych rozwiązań – żądały dokładnie tego, co mieli mężczyźni, a nie czegokolwiek, co by mieli mężczyźni. Sprowadzenie całego ruchu emancypacji kobiet do żądania równości to jak sprowadzić dążenie do pójścia na koncert do chęci kupienia biletu.

Skoro jednak istniała tożsamość między prawami, których żądały kobiety a prawami, którymi cieszyli się mężczyźni, to cóż za różnica, czy za nasz cel uznamy równość, czy też te konkretne wartości? Otóż to jedno rozróżnienie pociąga za sobą szereg konsekwencji. Jeśli celem feminizmu jest równouprawnienie a najwyższą wartością jest równość płci, to feminizm jest ruchem o charakterze całkowicie względnym – zupełnie inny kształt będzie mieć w w Polsce, inny w Nigerii, Arabii Saudyjskiej a jeszcze inny w Korei Północnej – bo żądanie równości praw z uciemiężonymi mężczyznami w łagrze jest zupełnie czymś innym niż żądanie wolności, godności i sprawiedliwości. Co więcej stawianie znaku równości teoretycznie wcale nie oznaczać musi równania w górę – równanie w dół w końcu też prowadzi do równowagi – w fikcyjnym społeczeństwie z filmu „Seksmisja” ów feminizm oznaczałby więc dążenie do zniewolenia kobiet pod hasłem „niech mężczyzna nas bije!”. Wreszcie, żądanie równości praw jest wciąż pozostawaniem w stosunku zależności do praw mężczyzny – nie jest więc walką o niezbywalne i samoistnie należne kobietom prawa człowieka, lecz walką o takie prawa, jakie akurat mają mężczyźni.

Jeśli jednak feminizm, tak jak ja go pojmuję, jest walką o prawne i społeczne gwarancje wolności, godności i sprawiedliwości wobec kobiet, to jest on walką o wartości stałe – tak samo prawdziwe niezależnie od tego jaki ustrój, porządek prawny, czy społeczny w danym państwie obowiązują, niezależnie też od praw, jakie przyznaje się przedstawicielom płci przeciwnej. Tak rozumiany feminizm jest więc gałęzią szeroko pojmowanego humanizmu – z punktem ostrości ustawionym na problemy kobiet, gdyż jak historia pokazuje, to nam tych praw w przeszłości odmawiano.

Podstawą tych praw jest prosty rachunek zdań: „Wszystkim ludziom przysługują niezbywalne prawa do życia, prawo poszanowania ich godności i wolności” oraz „Kobiety są ludźmi”, ergo „Kobietom przysługują niezbywalne prawa do życia, poszanowania ich godności i wolności”. Aksjomaty moralne i logiczne rachunki zdań służą szukaniu prawdy – łączą wartości wypływające z serca (moralność) z racjonalnym obiektywizmem praw rozumu (logiką). Wciąż jednak są ludzie, którzy chętnie odwrócili by obraz naszej rzeczywistości w negatyw – przez podważenie bądź to praw moralnych, bądź to praw rozumu, przez narzucenie nam wszystkim swojej wersji przeczywistości.

Friedrich Nietzsche pisał, że „sztuka jest po to, byśmy nie umarli na prawdę”. Czasem jest też po to, byśmy nie umarli na kłamstwo. Czasem fikcyjna opowieść przedstawiona w książce czy filmie potrafi nam wyostrzyć prawdę i uświadomić łgarstwo – potrafi obnażyć przeczywistość naszej strony ekranu. Zdarza się też i tak, że sztuka dostarcza nam antidotum, dokładnie wtedy, gdy jest nam ono niezbędne. Wtedy gdy trucizna głupoty zdaje się atakować nasz system nerwowy, nasz oddech jest coraz płytszy, a ciężar świadomości ściska nam neurony – czasem dopiero wtedy przeczywistość zza ekranu łaskawie ratuje nas filmem.

Taką odtrutką na najnowszy pomysł episkopatu wprowadzenia całkowitego i bezwzględnego zakazu aborcji jest „Mustang” – turecko – francuski film debiutującej w roli reżysera Deniz Gamze Ergüven. Opowiada on historię pięciu osieroconych sióstr, wychowywanych przez babcię i wujka na wiejskich terenach północnej Turcji.

Jest ostatni dzień szkoły, pierwszy dzień wakacji. Dziewczynki wraz z kolegami z wioski rzucają plecaki na piaszczystą plażę i biegną kąpać się do morza. Chlapią się wodą, siłują na barana, śmieją się i przedrzeźniają. Dopiero po powrocie do domu babcia uświadamia dziewczynkom jak wielkiego przewinienia się dopuściły, jak bardzo zhańbiły swą bezwstydnością ją i całą rodzinę. Ocierały swe uda o szyje mężczyzn, głupie latawice. Cała wioska huczy od plotek. Wszystkie starsze panie w sukienkach w kolorze gówna z niesmakiem i oburzeniem ślą fale pogardy, spojrzenia pełne wyższości i miny wyrażające zniesmaczenie. Już nic nie będzie jak dawniej, „wszystko zmieni się w mgnieniu oka”.

Dom zamienia się w fabrykę żon: dziewczynki uczą się wszystkich tych czynności które z nieopierzonej młódki czynią szacowną gospodynię i wartościową żonę: szyją, gotują, sprzątają, uczą się manier. Trzeba je wbić do przyjętej przez tradycję formy – odrzeć z indywidualizmu, wyrównać niedoskonałości, nauczyć ogłady, dopasować do całej reszty moralnych i szacownych kobiet w bezkształtnych sukienkach w kolorze gówna.

Film osadzony jest w pozornie obcych nam realiach, ale jego treść jest uniwersalna. „Mustang” mówi o pragnieniu wolności, chęci życia po swojemu, biegania przez świat ze zwichrzoną grzywą, bez uwięzi i bez klapek na oczach. Mówi też o tym, że od źrebięcia nam, dziewczynom próbuje się narzucić role – czy to przez tradycyjny, poparty religią patriarchat, czy też przez medialne, poparte seksizmem, uprzedmiotowienie – to pierwsze chce nas trzymać na uwięzi, zaprząc do pługa do orania pola, drugie chce założyć klapki na oczy i przyczepić dzwoneczki – zrobić z nas atrakcję turystyczną na Krupówkach. My dziewczyny, nie mamy łatwo. Odbijamy się od tych dwóch skrajności jak kauczukowe piłeczki między dwiema ścianami, w buncie przeciw jednej, poddajemy się drugiej, uciekając od zasadzki wpadamy w sidła.

Czasem myślę, że i po naszej stronie ekranu przydałby się podkładany śmiech, jak w sitcomach, co by ludzie wiedzieli jak reagować, kiedy się śmiać. I bez tych sztuczek technicznych chichot historii powinien nam dźwięczeć w uszach patrząc na to jak ci sami ludzie, którzy jeszcze przed chwilą  bronili nas bohatersko przed szariatem, teraz ochoczo chcą narzucić nam wszystkim własną wersję prawa religijnego. Fakt, że wszystko to ma miejsce w państwie świeckim, teoretycznie oddzielonym od kościoła grubą kreską, zmieniłby ten chichot w niekontrolowany rechot, gdyby nie to, że nie takie rzeczy się już działy, a więc nikomu z nas już nie jest do śmiechu.

Postulat całkowitego zakazu aborcji ma charakter religijny, więc najpierw to do tego aspektu się odniosę. Biskupi i księża próbują nam wmówić, że oto oni stoją na straży odwiecznego boskiego prawa, że chronić chcą niewinne dzieci przed rozpasanymi seksualnie kobietami, którym tylko w głowie je mordować. Pragnę więc zauważyć, że takowym argumentom brak jakichkolwiek namacalnych podstaw – w Biblii – świętym tekście chrześcijańskim, na którym opiera się katolicka teologia nie ma ani jednego wersetu zakazującego aborcji. Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że takiego zakazu nie ma, w kontekście wszystkich przepisów które w Biblii są: Bóg stwórca najwyraźniej bardziej zaaferowany jest naszymi fryzurami, tatuażami, tym co robimy w sobotę i czy przypadkiem nie jemy świń lub krewetek, niż ochroną życia poczętego. Co więcej sam Bóg na kartach Biblii zdaje się nie przejmować zbytnio ochroną świętego życia od chwili poczęcia:

Samaria odpokutuje za bunt przeciw Bogu swojemu: poginą od miecza, dzieci ich będą zmiażdżone, a niewiasty ciężarne rozprute -Ozeasza 14:1

Czy księża i biskupi faktycznie więc mówią nam, co Bóg myśli? Czy raczej mówią nam to, co sami myślą, podpierając się Bogiem dla posłuchu?

Argument religijny, nie dość więc, że pozbawiony jest prawa bytu w państwie świeckim, to też pozbawiony jest jakichkolwiek podstaw religijnych. Kwestia zakazu aborcji winna być więc rozpatrywana wyłącznie jako dylemat aksjologiczny. Czy proponowany przez biskupów i prawicowych polityków całkowity zakaz aborcji może być więc uznany za rozwiązanie moralne?

Aktualne rozwiązanie prawne dopuszcza aborcję w trzech wskazanych przez ustawę przypadkach:

  • w przypadku zagrożenia życia lub utraty zdrowia kobiety
  • w przypadku ciąży powstałej w wyniku czynu zabronionego
  • w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu lub nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu

Moralnym kosztem wprowadzenia zmian w ustawie celem bezwzględnej ochrony życia poczętego będzie więc:

  • śmierć lub utrata zdrowia matek
  • ponoszenie dodatkowych obciążeń i konsekwencji przez ofiary przestępstwa przy ciąży powstałej w wyniku czynu zabronionego
  • zmuszanie kobiet do donoszenia dzieci pozbawionych jakichkolwiek szans na godne życie
  • różne kumulacje tych trzech przypadków

Możemy sobie postawić jak na wadze szalkowej z jednej strony życie dziecka, z drugiej zaś powyższe konsekwencje jego ochrony, i to jednak nie będzie uczciwym intelektualnie sposobem ważenia sprawy: gdyż ochrona życia dziecka kosztem życia matki w wielu przypadkach prowadzić będzie do utraty życia zarówno dziecka jak i matki – same ciąże pozamaciczne, zagrażające życiu matki stanowią 2% wszystkich ciąż – jak wiele więc kobiet ma zginąć w imię idei i wbrew dostępnym dzięki postępowi naukowemu rozwiązaniom medycznym?

Zaproponowane rozwiązanie w większym stopniu jest więc próbą narzucenia wszystkim własnej ideologii, wiary, czy moralności niż ochroną jakiegokolwiek życia – bo w wielu przypadkach prowadzić może do utraty o jedno życie więcej, niż miałoby miejsce przy dozwolonej prawnie aborcji, tym samym więc godzi w przyrodzone i niezbywalne prawa człowieka. Wcześniej pisałam o prostym rachunku zdań – które więc zdanie według biskupów nie jest prawdziwe: czy ludziom nie przysługują niezbywalne prawa do życia, wolności i godności? Czy też może kobieta nie jest w ich mniemaniu człowiekiem?

Ale postawione pytanie odbić też można w stronę osób zupełnie beztrosko podchodzących do tej kwestii, uznających aborcję w jakimkolwiek przypadku za niezbywalne prawo kobiety do decydowania o własnym ciele, trywializujących moralną złożoność problemu, porównując aborcję do obcinania paznokci. Czy dziecku rozwijającemu się w brzuchu matki nie przysługuje prawo do życia, godności i wolności? Każdy z nas jest tylko zlepkiem komórek, któremu tych praw nie odmówiono. Czy osoba z zespołem Downa nie jest w ich mniemaniu człowiekiem?

Skupianie się tylko na jednej szali argumentów i ignorowanie moralnego obciążenia po stronie przeciwnej po obu stronach prowadzić więc może do poświęcenia wyższej wartości w imię wartości niższej, może prowadzić do poświęcenia życia dla intelektualnej mgiełki. O ile łatwo jest tego typu błąd wychwycić w skrajnościach, o tyle trudno jest orzec, co jest rozwiązaniem właściwym w sytuacjach, gdzie szale bliskie są równowagi – gdzie każdy wybór ma swoją wysoką cenę. Z tego powodu, czasem dawanie jednoznacznych odpowiedzi w kwestiach moralnie niejednoznacznych świadczyć może o ignorancji, zaś wiedza i zgłębienie problemu paradoksalnie może dawać wynik „nie wiem”.

Dlatego właśnie dotychczasowe regulacje prawne zwane są kompromisem. Kwestia aborcji nie jest czarno – biała, jak widzą ją niektórzy duchowni i politycy po obu stronach barykady, lecz ma wiele odcieni szarości. Każdy ma swój własny kompas moralny i przy dylematach o charakterze etycznym, gdzie ciężar na szalach bliski jest równowagi – jak jest w tych trzech wskazanych w ustawie przypadkach, powinno się ludziom pozwolić dokonać wyboru zgodnego z ich własnym sumieniem.


Obie strony ekranu zgodnie przypominają nam o prawdzie, o której nie wolno nam zapomnieć: że wolność, godność i sprawiedliwość nie są nam zagwarantowane prawnie na zawsze, że tak jak to miało miejsce w przeszłości i tak jak ma to miejsce wciąż w innych rejonach świata, może dojść do ponownego skostnienia struktur społecznych, że „w mgnieniu oka” wszystko może ulec zmianie, ponownie mogą nam postawić ścianę. My, dziewczyny możemy być bierne i dalej śpiewać córkom, że „wolałybyśmy, by były chłopcem”, albo możemy strzec wywalczonych praw: szanując wolność innych – nawet jeśli prowadzi ona do wyborów których same byśmy nie dokonały, bronić godności – nawet jeśli to nie nasze dobre imię jest szargane, szukać sprawiedliwości – nawet kiedy jej brak nas osobiście nie dotyka. My, dziewczyny możemy dać się uwiązać i pozwolić innym założyć nam klapki na oczy, lub biec przez świat ze zwichrzoną grzywą, jak mustangi.

my, dziewczyny 3

(cytat z filmu „Na wypadek nieszczęścia”)

Dostawaj powiadomienia o wpisach mailem

KRZYKNIJ:Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+Share on RedditEmail to someoneshare on Tumblr