Historię piszą zwycięzcy

„Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”

– George Orwell

Dyskusje o historii, zwłaszcza te prowadzone przez polityków, nie są w stanie zmienić przeszłości – są za to w stanie zmienić jej percepcję. Fakty zaś przestają mieć znaczenie, jeśli kłamstwo powszechnie uchodzi za prawdę. Nikt nie może słowem zmienić biegu wydarzeń już odbytych – wystarczy jednak przeszłość zniekształcić, pewne jej elementy pominąć, inne wyostrzyć, by uczynić z niej narzędzie manipulacji i propagandy, która zmienia nie przeszłość, a teraźniejszość. A kształtując teraźniejszość wyznacza też tor przyszłych wydarzeń, kreśli przyszłość następnych pokoleń.

W ostatnim czasie spór o historię roziskrzył się na linii Polska – Izrael. Rząd w Tel Avivie sprzeciwił się planom Warszawy wprowadzenia nowelizacji do ustawy IPN, zakazującej używania sformułowania „polskie obozy koncentracyjne” / „polskie obozy zagłady”. Ktoś zapyta: jakie znaczenie dla nas, żyjących teraz, ma to czy obozy zbudowane w trakcie II Wojny Światowej były „polskie”, „niemieckie”, czy „nazistowskie„? Dlaczego nomenklatura dotycząca obiektów w większości dawno już rozebranych, zamkniętych, do tej pory jest w stanie rozognić konflikt między narodami? Czy nie powinniśmy wszyscy machnąć ręką na to, co było, odpuścić i martwić się o dziś, zamiast spierać o przedwczoraj? Dlaczego konflikt o historię urasta do sprawy najwyższej wagi i żadna ze stron ani myśli dać za wygraną? Jaki realny wpływ ta historia może mieć na aktualne interesy, na politykę, a wreszcie – na naszą przyszłość?

Drugi poziom sporu ma charakter aksjologiczny – w swej istocie jest sporem o wartości. Prawda i wolność to dwie wartości dla których, większość osób przyzna, warto się spierać, a nawet warto walczyć. Problem rodzi się wtedy, kiedy znajdują się one w konflikcie – kiedy ochrona jednej, skutkuje ograniczeniem drugiej. Tak też jest w tym przypadku – ustawa IPN, jak wskazują jej twórcy, ma na celu ochronę prawdy historycznej – jej skutkiem jest jednak ograniczenie wolności słowa. Spór więc się toczy o to, czy ważniejsza jest prawda, nawet jeśli ogranicza ona wolność, czy też może ważniejsza jest wolność, nawet jeśli oznacza ona przyzwolenie na rozpowszechnianie kłamstw.

Wreszcie – spór należy też rozważyć w szerszym kontekście, uwzględniając obrazy schowane poza pierwszym planem, elementy nieostre, ukryte; cienie o których nie wypada wspominać, tło o którym wszyscy wolą milczeć. Z tego względu ten tekst na początku może wydawać się chaotyczny, bo poruszam w nim bardzo wiele, pozornie oddalonych od siebie tematów – jeśli jednak przeczytasz go do końca to wszystko ułoży się w spójną całość.

Zaczynając więc swą analizę, podnoszę pytanie: czym różnią się dzisiejsze protesty strony izraelskiej wobec ustawy IPN, od deklaracji składanych przez Benjamina Netanyahu niespełna półtora roku temu? W listopadzie 2016 roku, jak czytamy z nagłówków, „Izrael sprzeciwiał się używaniu sformułowania „polskie obozy zagłady” – dziś Izrael pod rządami tego samego premiera „zdecydowanie sprzeciwia się polskiej ustawie zakazującej używania sformułowania „polskie obozy zagłady”. Dlaczego Bibi, jak Wałęsa, „jest za, a nawet przeciw”? Jaka jest różnica między pustą deklaracją, a stworzeniem aparatu dającego możliwość jej egzekucji? Komu ta zmiana robi różnicę?

Zanim odpowiem na te pytania, chcę przedstawić tło całej sytuacji. Aktualny spór jest bardzo jaskrawy – jest jednak tylko fragmentem znacznie większego obrazu. Nie da się go dostrzec, nie uwzględniając i innych, wcześniejszych wydarzeń. Nie da się go zrozumieć, zamykając oczy na pewne fakty.

Stare argumenty, nowe prawa, naziści

W odróżnieniu od Polski, Izrael od momentu powstania otrzymywał wysokie reparacje wojenne od Niemiec. Szacuje się, że na przestrzeni lat obywatelom Izraela przyznano (w przeliczeniu uwzględniającym inflację) około 89 miliardów dolarów. Mocą ostatniego porozumienia, rząd Niemiec zgodził się płacić żyjącym wciąż pokrzywdzonym 772 miliony dolarów – w transzach, od roku 2013 do końca 2017 roku. W 2009 roku izraelski Minister Finansów Yuval Steinitz zapowiedział, że będzie się domagał kolejnych reparacji – sięgających od 450 milionów do miliarda dolarów. Do porozumienia jednak nie doszło i wraz z końcem roku 2017, po 72 latach od zakończenia wojny, Niemcy przestały wypłacać Izraelowi pieniądze.

I im bliżej było tej daty, tym coraz wyraźniej Żydzi przenosili punkt ciężkości wszystkich win im zadanych podczas II Wojny Światowej z Niemców, na obywateli innych krajów:

Kiedy premier Litwy – Andrius Kubilius odbył wizytę do Izraela, tamtejsze media pisały, że Litwini nie mają wystarczającego poczucia winy za wydarzenia jakie miały miejsce w trakcie II Wojny Światowej. Co prawda stworzono na Litwie centra edukacji o holokauście dla dzieci – to jednak nie wystarcza – należy wprowadzić też program o holokauście na uniwersytety i tam nauczać o wielkich bohaterach żydowskiego pochodzenia i o zbrodniach Litwinów przeciw nim wymierzonym:

„Dla wielu Żydów, samo wspomnienie nazwy „Litwa” jest bolesne. Litwini byli w końcu jednymi z najbardziej entuzjastycznych zwolenników Nazistów poza granicami Niemiec – wielu Litwinów wywodzących się z różnych środowisk z własnej woli pomagało łapać i zabijać Żydów zanim jeszcze Naziści wkroczyli do kraju w 1941 roku. Żydów gromadzono tysiącami, prowadzono do lasów okolicznych miast i tam masakrowano, wrzucając ich do wielkich dołów, które wcześniej sami musieli kopać. (…) Współuczestnictwo Litwinów, jak twierdzą historycy, było jednym z powodów dla którego niemiecka maszyna śmierci, jaka władała w kraju w latach 1941-1945 była jedną z najbardziej efektywnych w całym nazistowskim imperium – 95% Litewskich Żydów zostało zamordowanych do czasu końca wojny”

Nie inaczej przedstawia się sytuacja Ukrainy – jak czytamy: Wielu Ukraińców nie chce słyszeć o tym, że ich bohaterowie brali udział w Holokauście. Prezydent Revlin jednak nie boi się mówić prawdy”. W trakcie swojej wizyty na Ukrainie prezydent Izraela – Reuven Rivlin wygłosił następujące słowa:

„Około 1.5 miliona Żydów zostało zamordowanych na terytoriach współczesnej Ukrainy podczas II Wojny Światowej. W Babim Jarze i w wielu innych miejscach mordu. Strzelano do nich w dolinach, w lasach, wrzucano do dołów, do masowych grobów. Wielu z kolaborantów było Ukraińcami, najwięcej spośród członków OUN [Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – przypis redakcyjny] którzy dokonywali pogromów i masakr przeciw Żydom i wielokrotnie oddawali ich w ręce Niemców. To prawda, że było też ponad 2,500 Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, były to jednak samotne świece, które świeciły pośród ludzkiej ciemności. Większość milczała.”

Oprócz reparacji wojennych od Niemiec, Izrael od momentu powstania w 1948 roku otrzymuje też wsparcie finansowe od swego „największego sojusznika” – Stanów Zjednoczonych. Jak się szacuje, do roku 2014 z uwzględnieniem inflacji USA podarowało Izraelowi 233.7 miliarda dolarów. Suma ta wciąż wzrasta o ponad 3 miliardy rocznie (w 2017 roku fiskalnym o 3.7 miliarda). W 2016 roku prezydent Barack Obama podpisał po raz kolejny rekordową umowę na pomoc militarną dla Izraela na lata 2019-2028 w wysokości 38 miliardów dolarów. Oznacza to, że każdego dnia amerykańscy podatnicy ośmiu milionom Izraelczyków płacą ponad 10 milionów dolarów.

Ale nie tylko w ten sposób Ameryka wspiera swojego „największego sojusznika” – już 24 stany wprowadziły przepisy zakazujące organom państwowym jakiejkolwiek współpracy z podmiotami prywatnymi biorącymi udział w działaniach dyskryminujących lub bojkotujących Izrael, osoby prowadzące działalność gospodarczą w Izraelu lub na terytoriach będących pod jurysdykcją Izraela. Każda umowa między podmiotem państwowym a podmiotami prywatnymi na dostarczenie materiałów, sprzętu lub usług zawierać musi klauzulę zapewniającą, że strona nie bierze udziału w bojkocie Izraela, ani nie będzie w nim brać udziału w czasie trwania umowy. Kolejnym krokiem jest najnowszy projekt ustawy S.720, która również zakazywać ma bojkotu Izraela, tym razem na poziomie państwowym i w stosunku do wszystkich. Jeśli ustawa ta wejdzie w życie, to za wspieranie bojkotu Izraela, ale też za samo rozpowszechnianie informacji o bojkocie w Stanach Zjednoczonych grozić będzie odpowiedzialność zarówno cywilna w wysokości minimum 250.000 dolarów, jak i karna sięgająca nawet miliona dolarów i 20 lat więzienia. Jak wskazują krytycy projektu:

„Ustawa ta grozi ogromnymi karami przeciw przedsiębiorcom, czy osobom prywatnym, które decydują się nie kupować dóbr od firm operujących na terytoriach okupowanej Palestyny i które wyrażają otwarcie – np. przez post na Facebooku lub Twitterze – że robią to z powodu popierania bojkotu do którego wezwało ONZ czy Unia Europejska. Tego rodzaju kary nie uderzają w handel, a w wolność słowa i polityczne poglądy. Ustawa ta zakazuje nawet poinformowania organów ONZ o tym, że prowadzi się bojkot przeciw Izraelowi”

To jednak nie jedyne przepisy, których przepchnięcie lobbują teraz Żydzi w Ameryce. W zeszłym roku stworzono też dwie poprawki do amerykańskiej ustawy reprywatyzacyjnej – S.447 i H.R.1226 – na mocy których Departament Stanu USA ma wspierać organizacje zrzeszające ocalałych z holokaustu w dążeniach do „odzyskania” mienia po Żydach, którzy w holokauście zmarli nie pozostawiając spadkobierców oraz mienia niesłusznie odebranego Żydom po wojnie za czasów rządów komunistów – w tych przypadkach na mocy proponowanych poprawek Żydzi mają przejmować polskie mienie lub uzyskiwać odpowiednią rekompensatę pieniężną. Przedmiotem poprawek są nie tylko kamienice czy synagogi, ale również lasy, pola oraz nieruchomości przemysłowe. Proszę sobie wyobrazić jakich przypadków w praktyce to dotyczy: jeśli Polak żydowskiego pochodzenia (wszak Izrael wtedy nie istniał) posiadał kamienicę, zmarł nie pozostawiając spadkobierców, a kamienica została doszczętnie zburzona w trakcie wojny i odbudowana potem za miliony złotych przez Polaków – ma ona teraz trafić w ręce Żydów. I nie chodzi o pojedyncze przypadki – może chodzić nawet o bilion złotych – a więc kilka razy więcej niż tytułem reparacji wojennych na przestrzeni lat, Żydom wypłaciły Niemcy i nawet więcej niż od momentu powstania do teraz przekazał Izraelowi jego „największy sojusznik” – Ameryka (i to z uwzględnieniem inflacji!).

W czasie kiedy w Ameryce Żydzi lobbowali za wprowadzeniem wszystkich tych zmian do amerykańskiego prawa – które nadają wyłącznie Żydom i Izraelowi ogromne przywileje, kosztem wszystkich pozostałych – w mediach prawie nikt o tym nie pisał – media światowe zaaferowane były znacznie większym problemem – problemem wzrastającego w Polsce nazizmu:

Zaczęło się od Marszu Niepodległości – już dzień wcześniej The Independent wiedział, że w marszu udział wezmą faszyści. Kiedy marsz już się odbył okazało się, że było to już „60.000 nazistów” żądających „czystości krwi” i „modlących się o islamski holokaust” – takiego baneru na marszu nie było, niemniej jednak, wiele gazet i stacji telewizyjnych (w tym CNN i Washington Post) podawało to hasło za The Wall Street Journal jako główny przekaz marszu. Ten obraz, choć nieprawdziwy, obiegł świat.

Niedługo potem największe obawy światowych mediów się sprawdziły – dziennikarze stacji TVN dzięki infiltracji grupy neonazistów nagrali spotkanie kilku osób w lesie świętujących urodziny Adolfa Hitlera z tortem ze swastyką z wafelków. Ponownie nazistowska Polska wróciła na czołówki światowych gazet, a o amerykańskich ustawach wciąż nikt się nie zająknął.

W takim kontekście zawieszone jest wystąpienie pani ambasador Izraela – Anny Azari w czasie obchodów 73. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz, w którym powiedziała ona, że rząd Izraela odrzuca nowelizację do ustawy IPN. Pani ambasador przyznała potem, że sama planowała powiedzieć coś innego, jednak dostała jasną instrukcję od samego premiera i będąc związaną protokołem dyplomatycznym, musiała ją wykonać. To, że Bibi Netanyahu gotów jest zakłócić obchody wyzwolenia obozów Auschwitz i oficjalne uroczystości brudzić swoją polityką świadczy o tym, że nie o szacunek dla przeszłości tu chodzi – że przeszłość dla niego jest tylko pretekstem do realizowania własnych celów, Holokaust jest dla niego narzędziem nacisku i dyktowania innym warunków. Jakoś żadna światowa gazeta nie odważyła się wytknąć niestosowności tego przemówienia, że to nie było odpowiednie miejsce na politykę, że to nie był właściwy czas.

Nowelizacja ustawy IPN i jej kontekst prawny

Jest tylko jedno jedyne wydarzenie w historii, które wymaga specjalnych ustaw i obostrzeń prawnych zakazujących jego podważania – jeden punkt w przeszłości tak bardzo prawdziwy, że kwestionować go nie wolno, że za samo podnoszenie pytań co do jego prawdziwości czy skali, w wielu krajach grozi więzienie. Tym jednym jedynym wyjątkiem na skalę światową jest Holokaust – zaprzeczanie mu zakazane jest prawem w Izraelu, Austrii, Niemczech, Luksemburgu, Belgii, na Węgrzech, w Holandii, Kanadzie, Czechach, Liechtensteinie, Portugalii, Francji, na Litwie, Słowacji, w Szwajcarii, Rumunii, Grecji, we Włoszech i u nas, w Polsce. Warto zauważyć więc, że w konflikcie aksjologicznym o którym pisałam wcześniej – w tym sporze między prawdą a wolnością, już na samym wstępie wolność została poświęcona – i akurat w tym jednym punkcie politycy zarówno strony polskiej jak i strony izraelskiej są zgodni, że słusznie, że było warto. Spór między krajami powstał wtedy, gdy zakres tej świętej i jedynej niepodważalnej prawdy rząd polski postanowił rozszerzyć – tak by zakazać przepisami nie tylko podważania holokaustu, ale też przeczącego faktom przypisywania odpowiedzialności za niego narodowi lub państwu polskiemu:

Zaraz po wystąpieniu Anny Azari izraelscy politycy i dziennikarze zaczęli pisać w internecie, że „żadna ustawa nie jest w stanie zmienić historii”, że nie można ustawą regulować przeszłości, że oy gevalt, ma wolność słowa! Niektórzy nawet, posunęli się do tego, by pisać o „polskich obozach” – czyli prowokować stronę Polską właśnie takim samym zachowaniem, przeciw jakiemu projekt ustawy powstał:

Yair Lapid – izraelski poseł: „Całkowicie potępiam nowe polskie prawo, które próbuje zaprzeczyć polskiemu udziałowi w Holokauście. Począł się w Niemczech, ale setki tysięcy Żydów zostało zamordowanych nigdy nawet nie spotykając niemieckiego żołnierza. Były polskie obozy zagłady i żadne prawo tego nie zmieni”.

Lahav Harkov – reporterka z Knessetu i analityk dla The Jerusalem Post, dumna syjonistka: „Polskie obozy śmierci”.

Premier Netanyahu o projekcie ustawy w Polsce: „Ta ustawa jest bezpodstawna; silnie się jej sprzeciwiam. Nikt nie może zmienić historii, a Holokaustu nie wolno negować. Poinstruowałem izraelską ambasador w Polsce by spotkała się z polskim premierem dziś wieczorem by wyrazić moje silne stanowisko przeciw temu prawu”.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela: „Ustawodawstwo nie pomoże w odkrywaniu prawdy historycznej, a może zaszkodzić wolności do przeprowadzania badań, może zapobiegać dyskusjom o przekazie historycznym i dziedzictwie II Wojny Światowej”.

Anne Applebaum: „Dwadzieścia lat pracy przy polskich dyplomatach, historykach, kuratorach nad relacjami polsko-izraelskimi i izraelsko-polskimi – wszystko to jest teraz zagrożone, przez idiotów, którzy myślą, że mogą po prostu sobie zakazać, czegoś z czym się nie zgadzają”.

Matthew Tyrmand: „Kolejne megalomańskie przegięcie w Polsce dzięki kolegom @MS_GOV_PL @ZiobroPL @PatrykJaki. Samo słowo „więzienie” jest już przesadą. Sprawiedliwe społeczeństwo nie może kryminalizować i „więzić” głupoty, stronniczości, czy faktów alternatywnych. Może tylko potępiać i edukować. Duh.”

Wszystko jest w porządku, kiedy Polska, jak i wiele innych krajów wprowadza ograniczenia wolności słowa chroniąc prawem jedną jedyną, poprawną i świętą wersję historii o tym, że w trakcie wojny gazowano Żydów i palono w piecach ich ciała – kiedy jednak w ten sam sposób próbuje ustawą zabezpieczać też swoje dobre imię przed oszczerstwami, że to Polska temu jest winna, to nagle Żydzi podnoszą raban, nagle ingerencja prawna w historię „zagraża wolności do przeprowadzania badań”, nagle „żadna ustawa nie jest w stanie zmienić historii”. Skoro tak jest, to po co Izrael posiada w swoim prawie podobne zapisy?

Czym różnią się od siebie ustawa izraelska od projektu IPN? Oba przepisy ograniczają wolność słowa, oba przewidują karę więzienia za ich złamanie – ustawa IPN do 3 lat, ustawa izraelska do lat 5. Polska ustawa karze za rozpowszechnianie twierdzeń „wbrew faktom”, przepisy izraelskie każą bezwzględnie, nawet jeśli ktoś swoich twierdzeń by dowiódł. Różnią się tym, że Polska chce prawnie chronić się przed zarzutami, że to nasz naród był oprawcą – Izrael zaś prawnie zabezpiecza twierdzenie, że naród żydowski był ofiarą – i to ta różnica jest najbardziej znamienna. Zastanów się – czemu ma służyć taki zapis? Jaki jest cel prawnego zabezpieczania, pod groźbą 5 lat więzienia twierdzenia, że naród Żydowski był ofiarą?

Zarówno wolność jak i prawda są wielkimi wartościami, których strzec powinniśmy z największą starannością. Można podnosić, że spośród nich prawda jest ważniejsza, można twierdzić, że to wolność góruje. Nie można jednak tymi twierdzeniami sobie żonglować jak ten klaun i wybierać raz tak – raz tak, pod własny interes, nie wzbudzając podejrzeń bycia idiotą, lub gorzej – bycia oszustem. Spójność twierdzeń świadczy o uczciwości intelektualnej. Skoro zabezpieczanie prawem historii jest bezpodstawne, jak twierdzi Netanyahu, skoro może zagrażać wolności prowadzenia badań, jak podnosi Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela, skoro żadna ustawa nie zmieni historii, jak pisze Yair Lapid, skoro sprawiedliwe społeczeństwo nie może kryminalizować i więzić głupoty, stronniczości, czy faktów alternatywnych jak argumentuje Matthew Tyrmand, i skoro, według słów Anne Applebaum, żaden idiota nie może zakazywać czegoś, tylko dlatego że się z tym nie zgadza – to kiedy doczekamy się zniesienia przez Izrael przepisów penalizujących zaprzeczanie holokaustu? Kiedy te same racje uderzą w Izrael? Jeśli wszystkie te argumenty są zasadne, to zasadne są wobec obu tych przepisów. Tymczasem Żydzi zdają się inne zasady stosować u siebie, inne zaś próbują narzucić nam. O co więc tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? O co ta burza?

„Chodzi o prawdę historyczną”

Przyjmijmy, że faktycznie chodzi tu o walkę o prawdę historyczną – że zbrodnie II Wojny Światowej były jednym jedynym wyjątkiem na kartach historii, których prawdziwości ani skali podważać nie wolno, że te fakty mają tak ogromne znaczenie dla całej ludzkości, że nie pozostawiają miejsca na dyskusję, że za kłamstwo w tej kwestii należy karać więzieniem. Ustawodawcy wielu krajów wychodząc właśnie z takiego założenia wprowadzili do swoich systemów prawnych przepisy zakazujące negowania popełnionych zbrodni przeciwko ludzkości w trakcie II Wojny Światowej i ich skali. Czy przepisy te w swoich skutkach zbliżają, czy też oddalają nas od prawdy? Sprawdźmy jak w praktyce wygląda zabezpieczanie prawem historii.

Niemieckie sądy wielokrotnie już skazywały na więzienie 89-letnią Ursulę Haverbeck za „zakazane słowa” – a więc negowanie holokaustu. Pani Ursula od lat bowiem twierdzi, że w Auschwitz nie gazowano ludzi, że nie ma na to żadnych dowodów, że nikt od ponad 5 lat nie potrafi odpowiedzieć jej na pytanie o to gdzie konkretnie zginęło 6 milionów Żydów, a Holokaust jest „największym kłamstwem, które nigdy nie miało miejsca”. Oto jej wypowiedź, za którą zapadł ostatni wyrok:

Ustawodawcy krajów, w których negowanie holokaustu jest zabronione poklepią się po plecach, w przekonaniu, że system działa, że tak to właśnie powinno wyglądać kiedy ktoś ma czelność okłamywać historię. Przyjrzyjmy się więc kolejnym przykładom:

Oto Herman Rosenblat – Żyd ocalały z obozu koncentracyjnego, który przez ponad dekadę, wraz z żoną opowiadał w mediach swoją dramatyczną historię przetrwania – gdy jako mały chłopiec głodował w obozie, a mała dziewczynka spoza obozu codziennie przynosiła mu jedno jabłko i kawałeczek chleba i dawała przez siatkę, dzięki czemu przeżył. Po latach umówił się na randkę w ciemno w Nowym Jorku i oy gevalt spotkał tam tę samą dziewczynę! Na miejscu się jej oświadczył, szybko wzięli ślub, urodziły im się dzieci – wszystko było pięknie jak z obrazka. Małżeństwo swoją historią poruszyło serca widzów telewizji – kilkakrotnie gościli u Opry Winfrey, udało im się sprzedać prawa do opisania historii w formie książki i filmu. Po latach okazało się jednak, że historia wyssana jest z palca Hermana Rosenblata, ale ten nie uważa by było w tym cokolwiek niestosownego: „Tak, ta historia nie jest prawdą. Ale w mojej wyobraźni była ona prawdziwa”.

Jedną z najgłośniejszych relacji o rzeczywistości w obozach koncentracyjnych była historia małej, żydowskiej dziewczynki – Anny Frank. Jej dziennik w formie książki sprzedał się na całym świecie w milionach egzemplarzy i przez całe dekady utrzymywano, że dziewczynka zupełnie sama napisała książkę, że jest to autentyczny pamiętnik małego dziecka z obozu. Ale nie trzeba być grafologiem, żeby zauważyć, że „oryginał” napisały przynajmniej dwie osoby:

Przez całe dekady, jeśli ktoś śmiał podważać wyłączne autorstwo Anny, to musiał być teoretykiem spiskowym i antysemitą. W większości krajów na świecie prawa autorskie są chronione przez 70 lat od śmierci autora – jeśli więc tak jak głoszono – Anna Frank byłaby samodzielną autorką dziennika, to od lutego 2015 roku jej książka znajdowałaby się w domenie publicznej. Jednak kiedy zbliżała się ta data, oy gevalt, okazało się że czas ochrony praw autorskich należy liczyć od momentu śmierci jej ojca! Ale na stronie fundacji rodziny Frank do tej pory nikt nie przyznał wprost, że ojciec dziewczynki był przynajmniej współautorem książki – zamiast tego kłamią, że dziennik na skutek skomplikowanej historii stanowi wyjątek od obowiązującego prawa.

Jednym z najsłynniejszych świadków Holokaustu był Elie Wiesel – autor licznych publikacji, w których opisywał on swoje doświadczenia w obozach koncentracyjnych, między innymi w Auschwitz i Buchenwald. Jego książki uznawane są za jedne z najważniejszych i najbardziej wiarygodnych wspomnień naocznego świadka holokaustu. W 2008 roku zeznał on pod przysięgą, że opisane w książce „Noc” wydarzenia są wierną relacją jego doświadczeń w obozie, że każde zawarte tam słowo jest prawdziwe, że był w obozie Auschwitz i że wytatuowano mu na ramieniu numer A7713. Ale już wielokrotnie okazało się, że zawarte w książce twierdzenia zostały zmyślone, jak np. o tym, że w Auschwitz palono noworodki żywcem w dołach. Wiele zdjęć i materiałów filmowych dowodzi, że na ramionach Eliego nie było wytatuowanego numeru z obozu, mimo że pod przysięgą zeznawał, że tak było. Przez ponad 60 lat, mimo licznych próśb, by pokazał swój tatuaż, nie zrobił tego – a przecież tak łatwo mógł zamknąć usta niedowiarkom. Elie twierdził, że prawdziwość jego słów potwierdza to, że był jednym z więźniów uwiecznionych na słynnym zdjęciu z obozu Buchenwald:

Problem w tym, że inny były więzień obozu, uwieczniony na zdjęciu, węgierski Żyd – Miklos Grüner twierdzi, że Elie nigdy w obozie nie był, tylko podszywał się pod jego przyjaciela – Lazara Wiesela, że to on miał numer A7713 i był o kilkanaście lat starszy niż Elie. Miklos Grüner całą sprawę opisał w książce pt „Skradziona tożsamość” oraz pozwał Elie Wiesela o podszywanie się pod prawdziwego więźnia obozu – Lazara Wiesela. Dane i kartoteki więźniów do tej pory przechowywane są w Muzeum Auschwitz i to Muzeum Auschwitz właśnie potwierdziło, że wersja przedstawiana przez Miklosa Grünera jest prawdziwa – że numer A7713 przypisany był nie Eliemu, a Lazarowi Wiesel, urodzonemu nie 30 września 1928 roku tylko 4 września 1913 roku. Mimo, że zeznając pod przysięgą Elie Wiesel zapewniał, że jego książka „Noc” opisuje jego własne doświadczenia w obozie i każde słowo w niej zawarte jest prawdziwe, to w swojej książce „Legendy naszych czasów” opublikowanej w 1968 roku opisał swoją rozmowę z rabinem, w trakcie wizyty w Izraelu, na temat swoich książek i historii w nich opisanych, z której to rozmowy wynikało zgoła coś innego:

„Są one o ludziach których znałeś?” Tak, są o ludziach których mógłbym znać. „O rzeczach które się wydarzyły?” Tak, o rzeczach które się wydarzyły lub mogły się wydarzyć. „Ale się nie wydarzyły?” Nie, nie wszystkie. W rzeczywistości niektóre zostały wymyślone prawie od początku, niemalże do końca. Rabbe pochylił się do przodu jakby chciał zmierzyć mnie wzrokiem i powiedział bardziej ze smutkiem niż ze złością: „To oznacza, że piszesz kłamstwa!” Nie odpowiedziałem mu od razu. Zganione dziecko we mnie nie miało nic na swoją obronę. Ale musiałem się jakoś usprawiedliwić: „To nie takie proste Rabbe. Niektóre wydarzenia mają miejsce, ale nie są prawdziwe, inne są prawdziwe, ale nigdy się nie wydarzyły”

Ale kłamstw przeciw świętej i niepodważalnej  historii holokaustu nie trzeba szukać daleko w przeszłości. Przytaczany już w tym wpisie izraelski polityk – Yair Lapid po tym jak napisał, że „były polskie obozy zagłady i żadne prawo tego nie zmieni” próbował zamknąć usta oponującym internautom pisząc, że „jest synem osoby ocalałej z holokaustu, jego babcia została zamordowana w Polsce przez Polaków i Niemców” co też okazało się kłamstwem. Podobnie kłamał Adam Michnik, udzielając wywiadu niemieckiej gazecie Der Spiegel, gdzie twierdził, że jego rodzice zginęli w holokauście – mimo że nasz „wielki autorytet dziennikarski” urodził się 17 października 1946 roku, a jego rodzice żyli jeszcze długo po wojnie – byli znanymi działaczami komunistycznymi. Przypominam też, że jeszcze 3 lata temu Benjamin Netanyahu twierdził, że Adolf Hitler wcale nie chciał zagłady Żydów, ale namówił go do tego palestyński mufti – koniec końców więc, według słów premiera Izraela, to Palestyńczycy wszystkiemu są winni:

Ale nie tylko sam holokaust jest święty i niepodważalny – równie święta i niepodważalna jest jego skala. Sprawdźmy więc w jakim stopniu przepisy prawne chronią święte liczby ofiar niemieckich zbrodni. Oficjalnie na świecie uznaje się, że było 11 milionów ofiar holokaustu – 6 milionów Żydów (w tym 3 miliony polskich Żydów) i 5 milionów ofiar pośród nie-Żydów. Ale tylko jedna z tych liczb jest święta i niepodważalna historycznie, tylko jednej z nich kwestionować nie wolno.

Skąd wiadomo, że w holokauście zginęło 6 milionów Żydów? Cóż, liczba ta jest liczbą świętąwyinterpretowaną z żydowskiej przepowiedni. Dlatego o tym, że akurat tylu Żydów zginie, światowa prasa wiedziała na długo przed wybuchem II Wojny Światowej, na długo zanim nawet Adolf Hitler doszedł do władzy. Od 1869 roku dziennikarze alarmowali cały świat o tym, że 6 milionów Żydów zginie – a to z głodu, a to z powodu prześladowań, a to w Rosji a to w Niemczech – wszystkie dane więc były zmienne z wyjątkiem tej jednej świętej liczby 6 milionów.

W 1906 roku na łamach New York Timesa dr Paul Nathan alarmował o dramatycznej sytuacji 6 milionów Żydów w Rosji – o tym, że rosyjski rząd upatrywał „rozwiązania kwestii żydowskiej” przez „systematyczną i morderczą eksterminację”.